Wyrzutnie brzegowe P-15

Wyrzutnie brzegowe P-15: Projekt Szablodziób

Niemcy, Peenemünde – Marineschiff Museum

Fakt posiadania przez Polskę Rzeczpospolitą Ludową wyrzutni rakietowych kompleksu obrony wybrzeża typu S-2 Sopka jest w powojennej historii naszego morskiego rodzaju sił zbrojnych powszechnie znany. Wiadomo także to, że w latach 90.-tych XX wieku rozważano zakup ich następcy – kompleksu Rubież, do czego ostatecznie nie doszło. Mało jednak kto wie, że na przełomie lat 60.-tych i 70.-tych XX wieku istniał inny, własny projekt opracowania podobnego projektu, który został ukryty pod kryptonimem Szablodziób.

Trochę historii

P-15 Termit

Przyjęcie w 1963 roku do uzbrojenia usteckiego 9. Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej systemu obrony wybrzeży S-2 Sopka z dwoma wyrzutniami i zestawem radarów wykrywania śledzenia i naprowadzania pocisków rakietowych S-2 na cele morskie, tylko na bardzo krótko postawiło Polskę w szeregu kraju posiadających bardzo nowoczesne uzbrojenie tej klasy. Niestety system S-2 Sopka bardzo szybko się zestarzał i już w 1965 roku został uznany przez radzieckich ekspertów za sprzęt mało perspektywiczny w użyciu. Szybko zdyskwalifikowała je niska mobilność i system radiokomendowy system kierowania pocisku rakietowego, wymagający utrzymania pocisku rakietowego w wiązce radaru naprowadzającego.

Nic zatem dziwnego, że już w ostatnich latach dekady lat 60.-tych XX wieku rozpoczęto poszukiwania następcy zestawu S-2 Sopka. Wówczas jedynym odpowiednim kierunkiem importu uzbrojenia był oczywiście Związek Radziecki. W tym czasie nas „sojusznik” nie posiadał jeszcze gotowego nowego wyrobu dla tej klasy uzbrojenia, który miałby zostać oferowany dla jego sojuszników na eksport. Dlatego też Polska nie mogła w praktyce wiele uczynić, a co jeszcze gorsze – Polska Marynarka Wojenna została wówczas poinformowana, że w Związku Radzieckim zaprzestano produkcji pocisków rakietowych S-2 Sopka i części zamiennych wchodzące w skład systemu Sopka. Ponieważ sama Polska w 1962 roku kupiła tylko 16 egzemplarzy pocisków rakietowych S-2, których już 5 sztuk zostało do tej pory wystrzelonych na poligonie morskim pod Bałtijskiem, rozpoczęto starania o dokonanie ich zakupu w Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz zabezpieczenie wszelkich możliwych zapasów magazynowych (w tym części zamiennych), aby w pełni zabezpieczyć funkcjonowanie dywizjonu na następne lata, aż dojdzie do zakupu całkowicie nowego systemu tego typu. Jednocześnie jednak kilku wyższych oficerów z Dowództwa Polskiej Marynarki Wojennej doprowadził odo uruchomienia projektu badawczego, mającego sprawdzić możliwość przeniesienia na ląd systemu rakietowego, który został zastosowany w kutrach rakietowych projektu 205, czy pocisku rakietowego P-15, zastosowania radaru wykrywania celów Rangout oraz urządzeń kierowania strzelaniem typu Klon-205. Projekt ukryto pod kryptonimem „Szablodziób”.

Transporter kołowy na bazie samochodu ciężarowego ZiŁ-151

Szukanie możliwości – kilka wariantów

Pierwsze udokumentowane prace datują się na lato 1969 roku. We wrześniu tegoż roku, ówczesny szef Broni Morskich w Dowództwie Marynarki Wojennej,. Komandor Henryk Paciorek, doświadczony artylerzysta morski, argumentował, że nowy system znacząco zwiększy nie tylko zasięg stref rażenia artylerii nadbrzeżnej, ale przede wszystkim ostateczną skuteczność takiego rozwiązania. Fakt opracowania w kraju pewnych rozwiązań konstrukcyjnych, miał też ułatwić większe upowszechnienie rakiet przeciwokrętowych w obronie wybrzeża. Jedyny polski dywizjon miał swoje stałe miejsce dyslokacji, leżaće dwa kilometry na zachód od Ustki, jednak na przypadek wybuchu wojny przygotowanych zostało kilka innych lokacji – m.in. na Rozewiu i w Janogrodzie. Problem jednak w tym, że w ogólnej koncepcji ochrony wybrzeża, dwie wyrzutnie to było zdecydowanie za mało jak na minimalne potrzeby, a ponadto dywizjon ten posiadał jeden kanał celowania (jeden radar S-1, który podświetlający wyznaczony cel morski na pocisk rakietowy typu S-2). Tymczasem artylerzyści postulowali,aby wraz z przyjęciem w 1965 roku struktury organizacyjnej, dzielącej polskie wybrzeże na strefy odpowiedzialności dwóch flotyll obrony wybrzeża, gdzie w każdym takim związku taktycznym jego dowódca miał do swojej dyspozycji własny pododdział morskiej artylerii rakietowej. Rozbudowa sił polskiej Marynarki Wojennej o co najmniej dwa dywizjony, każdy o znacznie większym ukompletowaniu uzbrojenia niż ówczesny 9. Dywizjon Artylerii Nadbrzeżnej, uzasadniała zdaniem entuzjastów w Polsce broni rakietowej, potrzebę rozpoczęcia prac nad nowym systemem.

Autor – zdjęcia: Dawid Kalka

Gdynia, Muzeum Marynarki Wojennej

Po 10 miesiącach trwających prac, w połowie czerwca 1970 roku na posiedzeniu Komitetu Technicznego, czyli organu doradczego w Dowództwie Marynarki Wojennej, gdzie przedstawiono pełną dokumentację projektu Szablodziób. Zakładał on kilka wariantów kompletacji zestawu wszystkich jego niezbędnych elementów. Na samym początku ustalano, że modeł jednej baterii, o dość dużej autonomiczności działania w terenie, powinien składać się z czterech pojazdów-wyrzutni, jednego wozu dowodzenia i ośmiu samochodów transportowo-załadowczych. Do tego powinny też dojść pojazdy zabezpieczenia technicznego i umożliwiające rozstawienie całego modułu w przygodnym terenie oraz jego skuteczne użycie w walce bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Stąd wyliczono, że jeden moduł bateryjny będzie musiał liczyć około 20-22 egzemplarzy pojazdów mechanicznych, wśród których, oprócz już wymienionych pojazdów, będą m.in.: pojazd łączności, pojazd z generatorami prądotwórczymi, samochody z kablami i niezbędnym zestawem części zamiennych. Dwie tak skompletowane baterie miały wchodzić w skład dywizjonu. Poi jednym dywizjonie planowano włączyć w skład obu flotylli obrony wybrzeża, a trzeci (niektóre dokumenty mówiły tutaj nawet o czwartym), miał być podporządkowany bezpośrednio dowódcy Polskiej Marynarki Wojennej.

W sumie przygotowany trzy warianty zestawu Szablodziób, które rozróżniano sposobem umocowania szyny kierunkowej (czytaj startowej) oraz pocisku rakietowego. Na pierwszym modelu, zainstalowanie szyny kierunkowej zamierzano zrobić na lawecie kołowej 100 mm ciężkiego działa przeciwlotniczego typu KS-19MZ. Drugi wariant stanowił zainstalowanie wyrzutni na kołowej platformie samochodu ciężarowego – w tym celu rozważano użycie radzieckich terenowych samochodów ciężarowych KraZ 214 lub KraZ 255 lub coraz bardziej lubianego czechosłowackiego samochodu Tatra T-813. Trzeci wariant miał powstać na platformie o trakcji gąsienicowej. W tym celu zamierzano wykorzystać mocno zmodyfikowane podwozie gąsienicowe używanych wówczas w strukturach Wojska Polskiego czołgów średnich T-34-85, czy nowszych T-54 oraz T-55.Te trzy warianty, posiadały jeszcze dalsze odmiany, które zakładały odpowiednie „spięcie” elementów modułu kablami lub przy użyciu radiolinii. Zastanawiano się także nad możliwością zastosowania zamiast radaru Rangout zwykłego radaru nawigacyjnego polskiej produkcji (w dokumentach wymieniano, dopiero co wprowadzone do wyposażenia wybranych okrętów nawodnych i na posterunki obserwacji wzrokowo-technicznej, stacje radiolokacyjne typu RN-231A-S z Rawaru).

Prowadzone rozważania na temat przyjętych konfiguracji zestawów Szablodzioba trwały jednak bardzo krótko i dość szybko wypracowano bardzo konkretne wnioski. W pierwszym etapie prac wykluczano wariant z lawetami dział przeciwlotniczych kalibru 100 mm, gdyż nie do końca wierzono w możliwość bezpiecznego, spełniającego wszystkie przyjęte wymagania techniczne, posadowienia stosunkowo długiej wyrzutni z ciężkim pociskiem rakietowym na niskim podwoziu kołowym z działa przeciwlotniczego. Z kolei, z dwóch wariantów samobieżnych, opowiedziano się ostatecznie za podwoziem kołowym, opartym o samochód ciężarowy Tatra 813 jako nośnik wyrzutni. Na Tatrze, a właściwie dwóch oddzielnych samochodach ciężarowych, planowano ustawić antenę radaru kierowania i kabinę kierowania strzelaniem i lotem pocisku rakietowego. Pozostałe elementy bateryjnego modułu miały być przewożone na produkowanych w Polsce samochodach ciężarowych Star 660 i samochodach osobowo-terenowych GAZ-69. Polscy specjaliści sugerowali też łącza radioliniowe, wtedy cały moduł bateryjny można byłoby uszczuplić o dwa samochody z okablowaniem.

Uzasadniając tutaj właśnie taki wybór argumentowano, że cały zestaw będzie mógł po prostu szybciej przemieszczać się na kołach po drogach publicznych, a ukształtowanie geograficzne polskiego wybrzeża w żadnym stopniu nie powinno nastręczać problemów w dotarciu na wyznaczone miejsce. Dwoma ważnymi argumentami przeciwko użyciu tutaj trakcji gąsienicowej był fakt, że nie posiadała ona takiej mobilności, a jednocześnie koszt takiego modułu bateryjnego byłby po prostu wielokrotnie droższy. Innym ważnym argumentem miały być tutaj znacznie dłuższe okresy międzyremontowe dla pojazdów kołowych i znacznie większe dla nich przebiegi, liczące po 60 000 kilometrów, zamiast 6 000 kilometrów dla podwozia z trakcją gąsienicową.

Autor – zdjęcia: Dawid Kalka

Niemcy, Peenemünde – Marineschiff Museum

Przy planowaniu dalszych prac projektowych i wdrożeniowych ich kolejne etapy rozpisano na konkretne daty, wyliczono też odpowiednie środki potrzebne do prowadzenia realizacji całego przedsięwzięcia. I tak, w zależności od przyjętego wariantu, budowa prototypowego modułu bateryjnego miała tutaj kosztować od 35 milionów do ponad 40 milionów polskich złotych (dla ciekawego porównania, budowa trałowca bazowego typu 206F kosztował średnio 65 milionów polskich złotych). Pierwotny termin ukończenia prac przy pierwszym zestawie określono na koniec czerwca 1972 roku, później przesunięto go na koniec 1974 roku. Pierwszy moduł bateryjny dla dywizjonu bojowego miał powstać w 1976 roku. To nie jako planowe opóźnienie motywowano przewidywanymi trudnościami w dostawie niektórych elementów wyposażenia i zastosowanego uzbrojenia, zwłaszcza tego najważniejszego, czyli zestawu radaru, systemu kierowania (naprowadzania pocisku rakietowego) oraz wyrzutnik, które trzeba będzie zakupić bezpośrednio w Związku Radzieckim.

Jednak, jak się okazało, pozytywna ocena dla polskiego programu Szablodziób nie oznaczała jeszcze tutaj automatycznej zgody na uruchomienie kosztownych prac. Decydujące, jak się kazało, znaczenie miała analiza operacyjna przydatności polskiego systemu, która została stworzona przez Oddział Operacyjny Dowództwa Marynarki Wojennej, co nastąpiło w lipcu 1970 roku.

Ostateczny koniec programu

Ta i jeszcze kilka innych powstałych w tym czasie opinii, bez żadnych ogródek, wprost krytykowały pomysł rozbudowania systemu rakietowej artylerii nadbrzeżnej, jako zdecydowanie defensywnego środka walki, podczas gdy wszystkie ówczesne plany marynarek, podlegających pod struktury sił zbrojnych Układu Warszawskiego, preferowały wprost działania ofensywne. Program Szablodziób byłby idealny do prowadzenia skutecznej obrony przeciwdesantowej, a zamiar prowadzenia tego przez siły morskie potencjalnego przeciwnika uważano wówczas za bardzo mało realny. W celu wzmocnienia pasa obrony wybrzeża sugerowano wykorzystać, posiadane w Wojskach Obrony Przeciwlotniczej, ciężkie armaty przeciwlotnicze KS-19 kalibru 100 mm oraz uzbrojenie licznie wówczas formowanych w tym czasie dywizjonów ogniowych artylerii rakietowej Wojsk Obrony Powietrznej Kraju, które na polskim wybrzeżu utworzyć miały bardzo szczelny kordon obrony strefowej (radzieckie doświadczenia w zakresie zwalczania celów morskich przez przeciwlotnicze zestawy rakietowe typu S-75 Wołchow były już prowadzane).

Chyba jednak, najważniejszym argumentem przeciwko polskiemu programowi Szablodziób to były przewidywane jego koszty wprowadzenia go do uzbrojenia polskiej Marynarki Wojennej łącznie czterech dywizjonów (a więc ośmiu baterii, składających się łącznie z 32 wyrzutni), których koszt szacowano na ponad grubo 900 milionów polskich złotych, a to i tak bez zakupu niezbędnego zapasu pocisków rakietowych typu P-15. W tym samym czasie za te pieniądze można było kupić łącznie 8 egzemplarzy radzieckich kutrów rakietowych projektu 205, w praktyce o identycznej wartości bojowej, ponieważ każdy z ośmiu okrętów posiadał po 4 wyrzutnie (łącznie 32 wyrzutnie), których potrzebę nabycia uważano wówczas za znacznie ważniejsze i potrzebniejsze, niż brzegowe wyrzutnie przeciwokrętowych pocisków rakietowych. Okręty te bowiem mogły być używane zarówno do prowadzenia działań ofensywnych, ale także i defensywnych. To wszystko okazało się swoistym gwoździem do „trumny” programu Szablodziób, ale także w ogólnej ocenie, zaważyło to o dalszej celowości utrzymania w użytku nie tylko rakietowej, ale i lufowej artylerii nabrzeżnej w strukturach Marynarki Wojennej. Nie planowano jak na razie poszukiwanie następcy zestawu S-2 Sopka. W latach 1970-1972 przeprowadzone zostały ostatnie trzy strzelania poligonowe pocisków rakietowych S-2 Sopka,po czym zestaw ten w 1975 roku ostatecznie wycofano z użytku. Od 1976 roku w teorii, rozpoczęto przygotowania dywizjonu do przyjęcia nowego systemu uzbrojenia rakietowego, a pomóc w tym miało przejęcie przed 9. Dywizjon Artylerii Nadbrzeżnej prowadzenia zadań elaboracji pocisków rakietowych typu P-15., a i ostatecznie nie zdołano zakupić kompleksu rakietowego Rubież, przede wszystkim z powodów finansowych.

Bibliografia

  1. Robert Rochowicz, Brzegowe P-15,Czasopismo Nowa Technika Wojskowa Nr. 9/2005, Magnum-X, Warszawa

image_pdfimage_printDrukuj
Udostępnij:
Pin Share
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments