Karabin przeciwpancerny “UR” wz. 35

Karabin przeciwpancerny wz. 35 – Warszawa, Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej

Powstanie broni

Debiut czołgu nastąpił późnym latem 1916 roku nad Sommą. Już niespełna dwa lata później pojawiła się wyspecjalizowana broń przeznaczona do ich zwalczania. Niemiecki Tank Gewehr (T-Gewehr) M1918 był „monstrualnym” Mauserem. Ważył blisko 18 kg, strzelał nabojem 13,25 mm x 92 mm i cechował się potężnym odrzutem, którym podobno potrafił łamać strzelcom obojczyki. Mimo swoich wad, co zawsze cechuje bronie pionierskie, był jednak skuteczny. Z odległości 300 metrów, pod kątem 90 stopni przebijał łącznie 15 mm pancerza, co wystarczało na ówczesne czołgi. Dodatkowo obsługa broni (strzelec i ładowniczy) posiadali standardowo aż 132 sztukami nabojów do tej broni. Tak Tank Gewehr stał się protoplastą nowej rodziny broni strzeleckiej.

Pierwsze dziesięciolecie po zakończeniu wojny było okresem światowej demilitaryzacji i mimo prowadzenia dość licznych studium nad konstruowaniem nowych broni, to często prace te z powodu braku odpowiedniego dofinansowania na długie lata grzęzły. Dopiero koniec lat 20, a Zwłaszcza początek lat 30. XX wieku odwrócił te tendencje i wiele krajów, a niektóre wręcz błyskawicznie zaczęły się dozbrajać i modernizować (według własnych możliwości finansowych). Dotyczyło to także broni pancernej. Równolegle opracowywano rozwój środków przeciwpancernych. Prace trwały także w Polsce, a ich ostatecznym efektem był karabin przeciwpancerny wz. 35.

Jego powstanie było bardziej dziełem przypadku, niż planowanych początkowo odgórnych czynników wojskowych, a jednak zapał i kreatywność polskich konstruktorów pozwoliły na opracowanie i wdrożenie do produkcji tak niezwykłej broni jaką był wz. 35. Tutaj inspiracją stały się naboje bardzo wysokich prędkości, które na początku XX wieku zyskały na popularności w środowiskach strzeleckich. Pionierami w tym zakresie byli m.in.: C. Ross oraz F. W. Jones, którzy w specjalnie do tego celu zaprojektowanym karabinie, wyposażonym w zamek dwuchwytowy (sportowa wersja regulaminowego karabinu armii kanadyjskiej), zastosowali opracowaną w 1906 roku amunicję kaliber 0.280 cala. Okazała się ona prawdziwym przebojem wśród strzelców sportowych i myśliwskich w Ameryce, Europie i Afryce. Dowiedli oni, że lżejszy pocisk, ale lecący z bardzo dużą prędkością nie tylko zadaje rany śmiertelne, ale i posiada większą moc obalającą, niż pocisk o większym kalibrze, ale lecący wojnie. Jednak ich naboje, a zwłaszcza pociski nie były idealne, dlatego w latach 20. amunicja tak została niemal zapomniana, jednak wśród wielu fachowców trwały dalsze prace studyjne. W USA firma Savage opracowała małokalibrową amunicję 6,5 mm, ważącą zaledwie 5,6 gram o prędkości początkowej sięgającej 1000 m/s. Jednak najbardziej istotny wpływ na prace nad tą amunicją osiągnął niemiecki konstruktor inż. Hermann Gerlich, który bazując na dotychczasowych doświadczeniach oraz korzystając z pomocy wytwórni prochu Rheinisch-Westfalische Sprengstoff A.G. oraz kilońskiej fabryki broni i amunicji Halger, opracował on amunicję Halger .280 H.V. Magnum, gdzie pocisk o wadze 6,5 grama wylatywał z prędkością 1150 m/s. W kilka lat później dokonał kolejnego przełomu, kiedy wystrzelony pocisk wyleciał w prędkością około 1600 m/s. Niektóre rodzaje amunicji Halgera znalazły się w handlowym obrocie oraz zyskały wielką popularność wśród entuzjastów strzelectwa, a dokonania Niemca były szeroko komentowane w takich periodykach jak amerykański „American Rifleman”. Spore zainteresowanie wzbudziły testy przebijalności płyt pancernych tego typu amunicji, a wszystko pod egidą Deutsche Versuchsanstalt fur Handfeurwaffen na przełomie lat 20. oraz 30. Otóż zwykły pocisk kalibru 6,5 mm o rdzeniu ołowianym, wylatując z broni z prędkością 1400 m/s uderzając w płytę pancerną o grubości 12 mm, bez większego trudu wybijał z niej otwór o średnicy 15 mm, a zwykły pocisk przeciwpancerny z Mausera 98 (prędkość początkowa 900 m/s) powodował zaledwie 2-4 mm zagłębianie. Natomiast pocisk kalibru 6,5 mm wybijając otwór, powodował powstanie korka o tej samej średnicy. Sam pocisk się sublimował, co oznacza, że przechodził ze stanu stałego w gazowy – ołów wyparowywał, a funkcję pocisku przejmował właśnie wybijany korek. Zjawisko to jest nazywane obecnie „efektem Gerlicha”.

Niemieckie doświadczenia padły w Polsce na bardzo podatny grunt, a zainteresowali się nimi m.in.: ppłk dr inż. Tadeusz Felsztyn z Centralnej Szkoły Strzelniczej w Toruniu, gdzie w 1929 roku przeprowadzano pierwsze próby z zakupionym karabinem Halgera. Wynik tych pierwszych studyjnych prac oraz także własne przemyślenia inż. Felsztyn zawarł w wygłoszonym w 1931 roku dotyczącej amunicji małokalibrowej o bardzo dużej prędkości początkowej. Nie tylko potwierdził szczegółowe informacje Gerlicha, ale dodał także własne spostrzeżenia i obliczenia, gdzie wykazał niszczycielskie możliwości pocisku małokalibrowego 6,2-6,5 mm na pancerz stalowy na dystansach 450-300 metrów. Podobne rezultaty osiągnięto dopiero przy zastosowaniu cięższej amunicji kalibru 12,4-127 mm (amunicję podobna do brytyjskiego Boys-a). Nawet uwzględniając rozwój broni pancernej oraz pogrubianie pancerzy zasadniczych czołgu, to nowa broń przeciwpancerna mogła się okazać bardzo przełomowa.

Referat ten wywołał bardzo ożywioną falę dyskusji, dał także poważny impuls do rozpoczęcia prac, których wielkim orędownikiem był m.in.: ppłk Stanisław Witkowski, wówczas zastępca szefa jednego z wydziałów Departamentu Uzbrojenia, a wkrótce kierownik Instytutu Badań IBMU. Na podstawie przeprowadzanych analiz ówczesnych czołgów oraz możliwej drogi ich dalszego rozwoju, w tym pogrubienia pancerza, zwłaszcza czołowego , zostały wówczas określone pierwsze założenia przebijalności nowej amunicji – pocisk powinien wybijać otwór w płycie o grubości 15 mm ze stali stopowej, uderzając w nią pod kątem 30 stopni z odległości 400 metrów.

Czynnikami wpływającymi na uzyskanie pocisków o bardzo wysokich prędkościach, początkowo były: długość lufy i jej odporność na zwiększone ciśnienie powstałe w wyniku spalanie się gazów prochowych, masa ładunku miotającego oraz jego właściwości energetyczne. Te ostatnie można podnieść poprzez zastosowanie prochu nitroglicerynowego, który jednak znacząco wpływał na szybszą erozję przewodu lufy. Inżynier Felsztyn był zwolennikiem zastosowania prochu nitrocelulozowego, ale o zwiększonej progresywności, czyli takiego, podczas którego prędkość spalania rośnie podczas spalania.

Właściwe prace rozpoczęto w Fabryce Prochu w Pionkach, która wyasygnowała na ten projekt 10 tysięcy zł z własnego budżetu. Wkrótce też odpowiednie zespoły powołano w Fabryce Amunicji w Skarżysku oraz Fabryce Karabinów w Warszawie. Koordynatorem projektu pozostał inż. Felsztyn, który z przedstawicielami fabryk, spotkał się zarówno kolegialnie, jak i indywidualnie, w zależności od zaistniałych wówczas potrzeb. Największy początkowo wkład w całe stadium projektu wniosły Pionki, które metodą prób i błędów zdołały uzyskać proch o odpowiednich parametrach, zdolnych rozpędzić pocisk do blisko 1300 m/s. Był to proch nitrocelulozowy, przy czym ziarna prochu były trójkanalikowe, co wpływało na zwiększenie progresywności prochu. W Skarżysku udało się natomiast wyprodukować odpowiednią łuskę, zdolną wytrzymać zwiększone ciśnienie (o przeszło 50% większe niż w zwykłym karabinie) oraz oczywiście odpowiedni pocisk, który okazał się odporny na wysokie naprężenia, powstające w trakcie wcinania się w bruzdy lufy.

Posiadając wzorcową amunicję, należało teraz pomyśleć o samej broni. Jej opracowaniem podjął się Józef Maroszek, absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej (w 1932 roku uzyskał tytuł inżyniera mechanika i pracownik Biura Technicznego IBMU.

Przystępując do projektowania swojego karabinu Maroszek miał całkiem solidne podstawy, które wyniósł z Wydziału Mechanicznego, gdzie wykładowcami byli ówcześni eksperci w dziedzinie broni strzeleckiej i balistyki, m.in.: inż. Felsztyn i A. Karczewski (wicedyrektor Fabryki Karabinów w Warszawie). Praca dyplomowa Maroszka dotyczyła uproszczenia technologi produkcji kbk wz. 29, a tymczasem opracował on zupełnie nową broń. Mimo tego, że ostatecznie cały projekt okazał się nieudany, to jednak wiele z osiągniętych wówczas rozwiązań zostało następnie z powodzeniem zastosowanych w opracowywanym karabinie pancernym. Chodzi tutaj przede wszystkim o zamek dla karabinu przeciwpancernego, który wprawdzie odchudzony,l w stosunku do klasycznego zamka mauserowskiego, okazał się nader trwały i niezawodny. Zamek posiadał łącznie sześć elementów. Hamulec wylotowy pochłaniał przeszło 60% energii odrzutu, dzięki czemu był on tylko nieznacznie większy niż w zwykłym karabinku wz. 29.

Broń pomysłu inż. Maroszka wyróżnia się prostą budową i stosunkowo niewielką wagą, w porównaniu z wyposażony w mały oporopowrotnik i ważącym przeszło 16 kg konkurencyjnym karabinem przeciwpancerny, zaprojektowanym przez inż. Karczewskiego. Parametry nowej broni dostosowanej do naboju 7,92 mm x 86 mm z klasycznym pociskiem SC, były imponujące i całkowicie spełniały wszystkie wymagania balistyczne. Z odległości 100 m pocisk wybijał 20 mm otwór w płycie pancernej o grubości 20 mm i to przy 30 stopniowym kącie uderzenia. Jednak pierwsze próby obnażyły jedną ważną wadę – bardzo niską trwałość przewodu lufy, która po oddaniu kilkudziesięciu strzałów, do niczego się nie nadawała. Dalsze kilkuletnie wysiłki koncentrowały się zatem na kwestii zwiększenia jej żywotności. Przede wszystkim poszukiwano odpowiedniej stali, bardziej odpornej na zużycie i testowano lufy o odmiennej konstrukcji przewodu lufy. W pozostałych fabrykach także trwały bardzo wytężone prace, zwłaszcza w Pionkach, gdzie poszukiwano odpowiedniej mieszanki prochowej, zdolnej nadać pociskowi zakładaną prędkość początkową, ale charakteryzującej się mniejszą aniżeli dotychczas powstającą temperaturą spalania. Wszystko odbywało się metodą prób i błędów. Ostatecznie w 1935 roku, wysiłki te zostały uwieńczone sukcesem. Żywotność lufy została zwiększona do 25–300 oddanych strzałów, gdzie biorąc pod uwagę charakter zastosowania broni, było to całkowicie wystarczający parametr. Lufę wydłużono do 1200 mm, gdzie początkowo obliczano na 1000 mm, jak też zbudowanie całkowicie nowego naboju, który miał powiększoną w stosunku do poprzednika łuskę i posiadał tym samym większy ładunek miotający (proch bezdymny, nitrocelulozowy, progresywny) oraz nieco innego pocisku – zrezygnowano ze stożka spływu, na rzecz wydłużenia części cylindrycznej, szukając tym samym stabilniejsze prowadzenie pocisku w lufie i mniejsze zużycie bruzd w lufie. Nabój 7,92 mm x 107 mm DS w połączeniu z lufą o długości 1200 mm, zapewniały pociskowi osiągnięcie prędkości początkowej 1270 m/s. W literaturze przedmiotu można spotkać, że nabój DS waży 61,51 gram, natomiast sam pocisk 12,78 gram.

Wysokie walory bojowe nowej broni potwierdzone zostały podczas oficjalnych prób poligonowych przeprowadzonych na strzelnicy wojskowej w Brześciu nad Bugiem, w Zielonce – tu miał miejsce generalny pokaz dla wojskowych i państwowych oficjeli oraz na strzelnicy doświadczalnej w Pionkach. Na dystansie 300 m pocisk wybijał otwór o średnicy 20 mm, w walcowanej stali pancernej o grubości 15 mm.

Polski kawalerzysta z atrapą (najprawdopodobniej stary karabin kapiszonowy) imitującą karabin “UR” według “Instrukcji o noszeniu, troczeniu i pakowaniu wyposażenia kawalerii” z 1938

Przyjęcie do uzbrojenia oraz początek produkcji seryjnej

Daleko posunięty sceptycyzm niektórych wojskowych co do wartości nowego karabinu przeciwpancernego, spowodowały powstanie drobnych perturbacji, ostatecznie jednak jesienią 1935 roku Komitet do spraw uzbrojenia i Sprzętu (KSUS) zatwierdził go do uzbrojenia. Pomimo tego, iż twórca broni, w tym inż. Felsztyn postulowali, aby jeden karabin przeciwpancerny znalazł się na szczeblu drużyny piechoty, to jednak Departament Piechoty zdecydował o mniejszym nasyceniu tą bronią. Miała ona się znajdować na szczeblu plutonu – tak w piechocie, jak i kawalerii.

Zanim broń ta trafiła formalnie na wyposażenie Wojska Polskiego, KSUS zdecydował się o utajnieniu samej produkcji i na temat broni, dlatego „świeżo” wyprodukowane egzemplarze miały trafiać do składnic uzbrojenia, a nie do jednostek liniowych. Oczywiście te tajemnice miały pewien sens, zwłaszcza, że na terytorium Niemiec szły bardzo intensywne prace nad rozwojem i produkcją seryjną czołgów oraz w Związku Radzieckim, który dysponował już co najmniej 3000 czołgów. Dlatego bardzo poważnie obawiano się, że jeżeli broń trafiła by do jednostek liniowych, nasi przeciwnicy poznali by ją dogłębnie (zwłaszcza Niemcy), postanowili by na opracowanie nowych konstrukcji i zwiększenia ich opancerzenia. Nawet bardzo niewielkie pogrubienie pancerza zmniejszało efektywność samej broni. Dlatego właśnie broń ta została objęta tą tajemnicą, i jak wykazały późniejsze wypadki, okazała się ona wielkim zaskoczeniem dla przeciwnika.

Pomimo formalnie przyjęcia do uzbrojenia prace nad udoskonaleniem karabinu (zwłaszcza nad zwiększeniem żywotności lufy) wciąż trwały. Dopiero na przełomie 1935 i 1936 roku powstało pierwszych pięć prototypowych egzemplarzy wyprodukowanych w Zbrojowni Nr. 2. Produkcja seryjna karabinów przeciwpancernych została najprawdopodobniej uruchomiona na przełomie 1936 i 1937 roku w Fabryce Karabinów w Warszawie w tajnym oddziale, któremu nadano Kryptnim: „Ur”. Pomysłodawcą tej nazwy uważa się ponoć płk Tadeusza Pełczyńskiego, od 1935 roku szef oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego (wywiad). Nazwa miała sugerować iż, w wydzielonym warsztacie trwała produkcja broni przeznaczonej na eksport do Urugwaju, co oczywiście nie miało w ogóle dziwić, ponieważ Ameryka Południowa była zalewana konstrukcjami systemu Mausera i był tam wielki rynek zbytu dla tej broni.

Środki ostrożności były także podjęte w Fabryce Amunicji w Skarżysku, gdzie łuski i pociski były produkowane na dziele ogólnym, ale scalanie nabojów odbywało się w wydzielonym do tego warsztatu. Natomiast w Pionkach, w którym produkowane różne gatunki i rodzaje prochu, zrezygnowano z nadzwyczajnych środków ostrożności.

Z niezrozumiałych względów zaniedbano kwestię przenoszenia broni przez strzelca w warunkach polowych. W piechocie teoretycznie nie było z tym większego problemu. Karabin wtedy zawieszano przez ramię na klasycznym pasie nośnym (oczywiście w praktyce było wtedy różnie), w marszu można było tę broń transportować na biedce amunicyjnej plutonu. Tymczasem rozmiary broni, a także jej większa masa powodowały duże problemy dla transporty w plutonach kawalerii. Pierwsze próby i testy na wniosek Departamentu Kawalerii MSWojsk, przeprowadzano dopiero w maju 1939 roku w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Sprawdzono wówczas cztery sposoby transportowania: przez ramię na pasie nośnym, na juku amunicyjnym z. 36 na przerobionym noszaku do ręcznego karabinu maszynowego wz. 28 oraz brezentowym pokrowcu na pasie prze plecy. Dwa ostatnie okazały się niepraktyczne (noszak znacznie powiększał ogólną masę całości, ponadto samo zdejmowanie tego karabinu było dość trudne i wymagało dwóch osób, natomiast broń przenoszona w brezentowym pokrowcu była podczas jazdy bardzo niestabilna, co znacząco przeszkadzało jeźdźcowi kawalerii). Ostatecznie wybrano sposób pierwszy, przy noszeniu go lufą skierowaną w dół. Żeby broń przy zsiadaniu z konia nie zawadzała o ziemię, został przesunięty bączek i strzemiączko, dostosowując ją jednocześnie do bocznego mocowania pasa nośnego, podobnie jak w karabinkach wz. 29. Aby zwiększyć komfort strzelca, pas nośny został zaopatrzony w poduszkę ramienną, ponadto z tyłu mocowano za pomocą szelek skórzany plastron zabezpieczający przed uderzaniem w trakcie trwania jazdy. Marszu podróżnym broń mogła być wtedy transportowana na juku.

Do wybuchu wojny nie zdążono wprowadzić do życia instrukcji dotyczącej przenoszenia broni, stąd we wrześniu 1939 roku panowała czysta improwizacja.

 

Elementy konstrukcji karabinu przeciwpancernego wz. 35

Budowa karabinu i jego sygnatury

Karabin przeciwpancerny wz. 35 jest bronią powtarzalną, wyposażoną w zamek tłokowy, ślizgowo-obrotowy, czterochwytowy, ryglowany w pionie dwoma symetrycznymi ryglami umieszczonymi na końcu tłoka oraz dodatkowym w pobliżu rączki zamkowej; kurek wyposażono w pierścień, który umożliwiał napięcie iglicy bez otwierania zamka lub też zabezpieczenie broni przed jej przypadkowym wystrzałem. Ponadto w komorze zamkowej umieszczono ruchomy, współdziałający z urządzeniem spustowym wyrzutnik, uniemożliwiającym oddanie strzału przy niedomkniętym zamku. Zasilanie z wymiennego magazynku, jednorzędowego, mieszczącego łącznie cztery naboje 7,92 mm x 107 mm DS. Magazynek ten utrzymywany jest w gnieździe za pomocą dwóch sprężynowych zaczepów – przedniego i tylnego; jego zwolnienie wymaga użycia obu rąk strzelca. Karabin posiada hamulec wylotowy pochłaniający ok. 65% siły odrzutu broni i mocowany przegubowo dwójnóg składany do przodu. Przyrządy celownicze składają się ze stałego celownika szczerbinkowego oraz prostokątnej muszki, osadzonej na hamulcu wylotowym broni, metodą na tzw. „jaskółczy ogon”. Punkt celowania odpowiada odległości 300 metrów. Łoże i kolba są jednorodne, sporządzone z drewna orzechowego, od górę rękę strzelca chroni krótka nakładka. Skórzany pas nośny mocowany jest za pomocą dwóch ruchomych strzemiączek, jednego przymocowanego do dolnej krawędzi kolby i drugiego, stanowiącego element regulowanego śrubą bączka, obejmującą końce łoża i nakładki oraz lufę. Lufa o długości 1200 mm posiada sześć prawoskrętnych bruzd i wkręcana jest w komorę zamkową, z którą tworzy jeden zespół. Zamek składa się z sześciu elementów: trzonku zamkowego, z prostą rączką zakończoną gałką, wyciągu umieszczonego w gnieździe trzonu oraz zespołu iglicznego, czyli iglicy, sprężyny iglicznej, opory iglicznej i łącznika. Aby wyjąć zamek z komory, należy ściągnąć język spustowy (jak na przykład w karabinach systemu Mosina). Po 200-300 strzałach lufę należało wymienić na nową. Było to zadanie dość skomplikowane, którą najlepiej jak by wykonał sam rusznikarz. W tym celu dysponował on zestawem specjalnych narzędzi, w tym m.in.: imadeł i specjalnym kluczem, któremu odpowiadały odpowiednie wycięcia na wlotowej części lufy. Masa broni bez amunicji i bez pasa nośnego wynosi 8,6 kg, wraz z amunicją dochodzi powoli do 9 kg.

Karabin przeciwpancerny wz. 35 znakowany jest bardzo oszczędnie, co stanowi bez wątpienia jeden z elementów maskowania całego projektu. Przede wszystkim brak nazwy wytwórni (P.F.K. Warszawa) oraz wzory broni (choćby nawet kb wz. 35). Czterocyfrowy numer seryjny znajduje się z lewej strony komory nabojowej (poprzedzony cechą odbiorczą); jest on powtórzony od spodu kolby, wewnątrz łoża i nakładki oraz na gnieździe magazynka (ostatnie trzy cyfry). Brak go natomiast na lufie. Numer lufy, inny niż numer seryjny broni znajduje się pod łożem i nakładką. Na górze komory nabojowej umieszczono Orła według wzoru polskiego (państwowego), a nieco niżej znak odbioru rzeczoznawcy – Centrali Odbiorczej Materiałów Uzbrojenia (COMU). Te same symbole znajdują się na komorze ryglowej oraz na trzonie zamkowym (na podstawie rączki zamkowej). Orzeł jest ponadto wybity także na górze hamulca wylotowego broni. Ponadto widoczne są rozmaite znaki brakarskie i numerowe oznaczenia fabryczne (cyfry poprzedzone literą – od spodu komory ryglowej i na trzonie zamkowym).

Służba w Wojsku Polskim

Jak już wspomniano gotowe karabiny, amunicję i całe dodatkowe wyposażenie było gromadzone w składnicach uzbrojenia Wojska Polskiego. Dopiero na początku 1939 roku pierwsze egzemplarze były przekazywane pułkom Wojska Polskiego. Jednak nawet wtedy polscy żołnierze nie dostawali tych karabinów do swych rąk, ponieważ leżały w zaplombowanych skrzyniach i można było je otworzyć tylko na wyłączny rozkaz wyższego dowództwa.

Jeden zestaw karabinu przeciwpancernego wz. 35 składał się z trzech skrzyń, oznaczonych jako „Sprzęt Mierniczy” A.R. Nr 1, 2, 3 (pisany białą farbą). W skrzyni podpisanej jako numer 1 znajdował się jeden karabin przeciwpancerny, amunicja oraz instrukcja. W skrzyni nr 2 znajdowały się trzy zapasowe lufy do karabinu wz. 35. W skrzyni Nr 3 znajdowały się narzędzia do wymiany lufy (imadło, śrubokręt, specjalny klucz do odkręcania z komory zamkowej, przedłużka rurowa) oraz części zapasowe do broni.

Dodatkowa amunicja znajdowała się w oddzielnej skrzyni, oznaczonej napisem: 21 K Eksport. Mieściły się w niej 24 kartonowe pudełka, każde zawierające po 12 nabojów, a więc 288 nabojów łącznie, które są spakowane dodatkowe były w dwóch cynkowych, hermetycznych puszkach (po 12 pudełkach w każdej). Napis na kartonowym pudełku brzmiał: P.W.U. FABRYKA AMUNICJI/12 szt./7,9 mm nab. „DS.”partii Nr.

Niezbyt jasno rysuje się sprawa liczebności jednostki ognia (j.o.) oraz ilość przydzielanych j.o. Najbardziej precyzyjne informacje mówią o przydzielaniu jednemu strzelcu karabinu przeciwpancernego wz. 35 wynosiła 24 naboje, które były przenoszone były w dwóch podwójnych ładownicach do Browningach wz. 28, w każdej po trzy czteronabojowe magazynki. Łącznie więc było to sześć magazynków.

Karabiny przeciwpancerne wz. 35 miały być przydzielane do szczebla plutonu (poczet dowódcy plutonu). W pułku piechoty przewidzianych było łącznie dwadzieścia dziewięć karabinów – po dziewięć w każdym z trzech batalionów (trzy w jednej kompanii) i dwa dodatkowe w kompanii zwiadowców pułku: jeden w plutonie kolarzy i jeden w plutonie konnym. Także w kawalerii jeden karabin przypadał na pluton, tak więc w szwadronie były trzy sztuki. Cztery szwadrony w pułku, oznaczały łącznie dwanaście sztuk karabinów przeciwpancernych. Dodatkowo jeden znajdował się najprawdopodobniej w plutonie kolarzy. W pułku kawalerii powinno się znajdować 12-13 karabinów przeciwpancernych wz. 35, a ile ich znajdowało się łącznie w brygadzie kawalerii, nie do końca można określić, ponieważ polskie brygady kawalerii posiadały często bardzo niejednorodną strukturę, dlatego ich liczba bardzo często mogła się od siebie różnić.

Amunicja 7.92 DS Warszawa, Muzeum Wojska Polskiego

Kampania Polska 1939 rok

Jedną z najbardziej nurtujących kwestii związanych z polskim karabinem przeciwpancernym wz. 35, jest określenie ilości wyprodukowanych sztuk. Łączne zamówienie złożone w Państwowej Fabryce Karabinów w Warszawie opiewało na łącznie 7610 sztuk (notatka Sztabu Głównego z 5 maja 1936 roku). Z czego gotowych było ok. 2000 sztuk w 1938 roku. Łącznie przyjmuje się, że zostało wyprodukowanych od 3500 do 3600 sztuk tej broni, pozwoliło by na wyposażenie Wojska Polskiego na stopie pokojowej (bez KOP-u). Brakuje tu tzw. rezerwy mobilizacyjnej, dla formowanych jednostek po ogłoszeniu mobilizacji wojennej. Oczywiście niewykluczone, że samą produkcję kontynuowano podczas bezpośrednich działań wojennych.

Kolejną bardzo ważną kwestią jest fakt przydzielania broni poszczególnym strzelcom. Wiadomo już, że tajemnicę starano się zachować do ostatniego momentu. Wydaje się, że karabiny te były przejmowane przez pułki i brygady wraz z falą mobilizacyjną, co następowało na kilka dni przed wybuchem wojny oraz już przez następnie dni września 1939 roku. Jednak dokumenty Wojska Polskiego są w tej kwestii bardzo nie jasne.

Można jednak wnioskować, że większość strzelców już wcześniej została odpowiednio wytypowana i oznajmiona z nową bronią podczas służby zasadniczej w latach 1938-1939. Pokutujący od kilkunastu lat pogląd o znikomym użyciu tej broni przeciwko Niemcom czy Sowietom (chociaż tutaj wkład tej broni do walki musiał być znacząco niższy) nie wytrzymuje krytyki. Dziś wiadomo, że broń ta była używana masowo przez Wojsko Polskie. Samo szkolenie, z powodu znacząco podobnej konstrukcji do polskiego karabinku wz. 29 znacząco ułatwiało trening strzelców. Oczywiście możliwości naszego karabiny przeciwpancernego wz. 35 były znaczące, mimo że sama broń i jej kaliber wydawała się bardzo niepozorna. Gros sił pancernych Panzerwaffe stanowiły czołgi lekkie, jak Panzer I oraz Panzer II, które mogły być już eliminowane z odległości 300 metrów.

Nie ulega wątpliwości, iż wobec faktu braku większej odporności na ogień przeciwpancernych polskich karabinów wz. 35 dla większości pojazdów pancernych Niemiec (co często musiało działać deprawująco na niemieckie załogi) oraz Związku Radzieckiego (gdzie trzon sił pancernych stanowiły czołgi lekkie T-26). O skuteczności naszych „Urów” decydowało wysokie morale, często dobre wyszkolenie i umiejętności dowódców takich jednostek. Tam gdzie polskie oddziały były trzymane w karbach wojskowej dyscypliny i nie ulegały panice oraz rozproszeniu, karabiny wz. 35 były wykorzystywane często do samego końca (jeżeli była do nich dostępna amunicja). Wraz z działkami przeciwpancernymi wz. 36, kalibru 37 mm tworzyły często rubieże przeciwpancerne, przy czym same karabiny otwierały ogień wtedy, jak czołgi przedarły się przez ogień z armat przeciwpancerny z odległości od 300 metrów. Sami strzelcy byli osłaniani ogniem karabinów maszynowych i karabinków. Można także znaleźć wzmianki o organizowaniu z strzelców karabinów przeciwpancernych wz. 35 zasadzek na spodziewanych liniach natarcia sił pancernych przeciwnika.

Sama broń okazała się niezwykle niezawodna, a zacięcia broni zdarzały się niezwykle rzadko. Chyba jedynym poważnym „minusem” samej broni, był brak zewnętrznych objawów i skutków trafienia pocisku w pojazd pancernych, co działało trochę deprymująco na żołnierzy, którzy często oddawali po kilka strzałów zanim czołg się ostatecznie zatrzymał, mimo że załoga wozu została obezwładniona znacznie wcześniej.

Karabin przeciwpancerny wz. 35, pomimo niezaprzeczalnej efektywności, nie mógł oczywiście zmienić przebiegu konfliktu, ponieważ panująca wówczas sytuacja geopolityczna nie mogła na to pozwolić. Mimo, że sama polska obrona przeciwpancerna niejednokrotnie okazywała się bardzo skuteczna, jednak wobec znacznej koncentracji i nowoczesnej taktyki użycia związków pancernych i zmotoryzowanych na kilku kluczowych kierunkach, potencjał bojowy (karabinów przeciwpancernych wz. 35 oraz działek przeciwpancernych wz. 36) okazał się po prostu niewystarczający.

W obcych rękach

Fińscy żołnierze z karabinem przeciwpancernym wz. 35, rok 1942

Polacy nie byli jedynymi użytkownikami karabinów przeciwpancernych wz. 35. Zdobyczne egzemplarze Niemcy włączyli w skład swojego uzbrojenia, pod oznaczeniem PzB 35 (p), w listopadzie 1940 roku w magazynach znajdowało się blisko 900 sztuk tej broni. Uznając wyższość własnej amunicji stosowanej do PzB 38/39 (nabój P318), przebudowali polski nabój DS, osadzając w łuskach pociski z rdzeniem wolframowym (węglik wolframu). W 1941 roku rozpoczęto produkcję nowej amunicji (Fabryka Bergmanna w Velten), w której zastosowano nowe , większe spłonki i ładunek miotający identyczny jak w P318. Prędkość początkowa wzrosła do 1295 m/s, znacząco odbiło to na żywotności lufy od karabinu przeciwpancernego wz. 35. Liczne zdjęcia z kampanii zachodniej z 1940 roku potwierdzają fakt czynnego użycia naszej broni podczas działań wojennych po stronie niemieckiej. Jednak po zakończeni kampanii, widząc już coraz mniejszy potencjał naszej broni i posiadając samemu dużą ilość karabinów PzB-39, po 1940 roku wszystkie pozostałe karabiny przeciwpancerne wz. 35, Niemcy przekazali Włochom. Było ich ponoć 630 sztuk. Fucile controcarro 35 (p) trafiły na front północnoafrykańskie oraz do Rosji.

Niewielką część tej broni przejęli także Rumunii oraz Węgrzy, przy czym ci ostatni sprzedali 30 sztuk Finom. Używano ich do szkolenia szwedzkich ochotników.

Warto także wspomnieć, iż konstrukcja zamka radzieckiego karabinu przeciwpancernego PTRD, kaliber 14,5 mm, jest łudząco podobna do zamka maroszkowego, z którą nasi ówcześni wschodni sąsiedzi zapoznali się pod 17 września 1939 roku.

Zdjęcia i tekst: Dawid Kalka

image_pdfimage_printDrukuj
Udostępnij:

Ostatnia aktualizacja: 10 czerwca 2020, 19:29

Zgłoś błąd w artykule

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments